zadra5253

Rebelia w ślubnym welonie
Written by Paulina Szkudlarek   
Thursday, 29 May 2014 09:01

Przypomnijmy: Liliana Piskorska i Martyna Tokarska w sierpniu ubiegłego roku przebrały się w suknie ślubne, w krakowskim Parku Bednarskiego urządziły piknik, a następnie ruszyły w dwutygodniową podróż aktywistyczno-artystyczno-przygodową. Odwiedziły osiem miast, w których robiły sobie poślubne sesje fotograficzne w ulicznych plenerach. Ich działania dokumentowała kamera filmowa. Na całość projektu składają się zatem zdjęcia i niedługi film, ale też – o czym komentatorzy często zapominają – blog Projekt Podróż.

foto-agata-kubis

fot. Agata Kubis

Dlaczego „komentatorzy”, a nie na przykład „krytyczki sztuki”? Pierwszym powodem jest wpisany w projekt już u podstaw element społeczny. Manifest artystycznego duetu zawierał m. in. taką deklarację: „chcemy mówić […] o problemach, nie tylko o zmianach, które potrzebne są w naszym społeczeństwie […]. A nawet chciałybyśmy trochę się pośmiać – potraktować z dystansem poważne problemy”. Słowa wyrwane z kontekstu mogą nie przekonywać, jednak nie muszę chyba zapewniać o politycznej sile pomysłu robienia na miejskich ulicach poślubnej fotosesji pary lesbijek. Młodych atrakcyjnych kobiet, obu w bielutkich, zdobnych kreacjach. Jak z reklamy. Choć nie zabrakło elementów zaburzających konwencję, np. ciężkich ciemnych butów.

Po realizacji projektu przyszła pora na jego prezentację. W Krakowie odbyła się zimą, a później wiosną, w ramach festiwalu kultury lesbijskiej O’Less. Bez zakłóceń. Gdy jednak artystki zawitały do Elbląga, sprawa okazała się tak straszliwie skandaliczna, że siejącą zgorszenie wystawę w Galerii El koniecznie trzeba było zamknąć. Oto drugi powód, dla którego wyżej napisałam „komentatorzy”. Sprawą zainteresowały się środowiska szersze, niż lesbijskie (czy szerzej proróżnorodnościowe) i artystyczne.

Mam wrażenie, że w dyskusji o cenzurze w sztuce dotąd umykało dokładnie to, co było najbardziej widoczne: stroje Liliany Piskorskiej i Martyny Tokarskiej.

Rozbroić suknię ślubną jest bardzo trudno, przypomnę, że nie udało się to Madonnie, gdy 30 lat temu (!) śpiewała w takiej kreacji „Like a Virgin”. Suknia ślubna może nie jest fetyszem, ale pewnego rodzaju magicznym artefaktem. Suknia własna, suknia, w której ślub brała matka. Służy do zaklinania rzeczywistości kłamiąc, jak to szczególną i wyjątkową czyni kobietą weń ubraną, mamiąc, jak wspaniałe życie czeka w małżeństwie. Życie jak z bajki, bo suknia też wygląda jak z bajki. Służy też jako nośnik zmagazynowanej przeszłości, wydobywana po latach, wyklinana, obdarzana westchnieniami, po kryjomu przymierzana przez córkę. Albo przez syna.

W obu przypadkach jest brzemieniem, i jako taki właśnie przedmiot znaczący przewija się przez wiele zachodnich, szczególnie amerykańskich narracji feministycznych (zresztą postfeministycznych w ścisłym sensie też, by wymienić „Modlitwy waginy” Charlotte Roche).

A bajkowość? Przypomnijmy sobie PRL jako stan permanentnego deficytu. Dzisiejsza oferta oszałamia. Tren podpinany, tiul opalizujący i brokatowy, wdzięczne koronki, gorset zakończony kokardą albo ozdobiony łabędzimi piórami, baskinka z organzy, draperie, kryształki, perełki, welon zwany „delikatna mgiełka”… Jeden z typów sukien nazywa się księżniczka, inny – syrenka. Tego akurat dowiedziałam się z internetu. Jednak w Krakowie, skąd wyruszyły autorki Projektu Podróż i który wezmę za przykład, na 400- metrowym odcinku jednej z ulic mieści się istne zagłębie salonów mody ślubnej. Naliczyłam ich dwanaście, o usytuowanych w odgałęzieniach tej ulicy nie mówiąc. Niektóre z tych sklepów i pracowni krawieckich nie mają witryn, jednak spośród tych, które je mają, tylko na jednej prezentowane są też męskie ubrania, tylko w oknach jednej stoją manekiny w parach: kobieta w sukni – mężczyzna w garniturze. Reszta pokazuje same panny młode, czasem pojedyncze (przy mniejszej powierzchni wystawienniczej), często w parach. Żeby było zabawniej, jeden z tych sklepów nazywa się Boston. W kontekście tego, czym były bostońskie małżeństwa, taki napis na szyldzie salonu mody ślubnej brzmi co najmniej zabawnie.

Kilka kwartałów to nie cały Kraków, ale przykład przydatny. Z poznańskiej ul. 27 Grudnia pamiętam gablotę reklamującą usytuowany w podwórzu salon mody ślubnej: dwa kobiece manekiny stały w niej blisko siebie i to tak, jakby trzymały się za ręce. Wiem, brak miejsca. Sally Munt powiedziała kiedyś, że lesbijki są szczególnie biegłe w dekonstrukcji. „Projekt Podróż” chyba nieźle dowodzi tej tezy. Liliana Piskorska i Martyna Tokarska jako dwie kobiety w sukniach ślubnych sproblematyzowały nasze spojrzenie na te nieszczęsne kiecki. Zaproponowały coś więcej, niż apel o prawne usankcjonowanie małżeństw jednopłciowych. W pewnym sensie pokazały dokładnie TO SAMO, co i tak widać. Nie TAK SAMO jednak! Być może właśnie tak bardzo spłoszyło elbląskich cenzorów. Pamięć o dwóch modelkach, które zeszły z witryny salonu mody ślubnej, może sprawić, że te witryny nie będą już dla nas wyglądały tak samo, jak wcześniej.

 

fio

© 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt: Olison's Project - usługi graficzne. Wykonanie: zecernia.net - strony www